„«Płód to tylko zlepek tkanek» – mówi czterdziestosiedmioletni zlepek tkanek”

Fetus

San Luis Obispo, Kalifornia

Podkreślając po raz kolejny, że płód to nic ponad zlepek tkanek, czterdziestosiedmioletni zlepek tkanek przedstawił na spotkaniu Rady Konsultacyjnej Duchowieństwa organizacji Planned Parenthood [1] pogląd, iż płód jest człowiekiem tylko potencjalnie.

– Musimy pamiętać, że dopóki płód nie ma serca, ani mózgu, nie jest człowiekiem – stwierdziła podstarzała masa komórek, której, mimo wieku, również brakuje serca oraz mózgu. Podstarzała masa komórek, będąca niczym więcej niż wynikiem zapłodnienia, dodała, że płód jest niczym więcej niż częścią ciała ciężarnej kobiety, „tak jak wyrostek”.

– Jeśli płód nie zdoła przetrwać bez matki, nie można uważać go za osobny byt – oświadczył zlepek komórek, której pięćdziesięciotrzyletni bezrobotny starszy brat mieszka obecnie w domu swojej matki. Zlepek tkanek zakomunikował też, że Kościół nie może mówić kobiecie, co wolno jej robić ze swoim ciałem, a czego nie – i wyraził żądanie, aby Mistyczne Ciało Chrystusa wyświęcało kobiety i zezwoliło na aborcję.

W chwili publikacji tej wiadomości pozbawiony serca i mózgu zlepek tkanek przygotowuje się do wygłoszenia przed urzędnikami federalnymi przemówienia na temat rozszerzenia obszaru ścisłej ochrony salamandry kalifornijskiej.

_______

PRZYPISY

[1] Planned Parenthood (właśc. Planned Parenthood Federation of America) – amerykańska organizacja promująca antykoncepcję i aborcję. Rada Konsultacyjna Duchowieństwa (ang. Clergy Advisory Board) składa się z przedstawicieli różnych wyznań (m.in. protestantów, żydów i muzułmanów) wspierających cele organizacji.

_______

Tłumaczenie na podstawie:

Fetus Only a Blob of Tissue – Says 47-year-old Blob of Tissue, http://www.eyeofthetiber.com/2014/06/05/fetus-only-a-blob-of-tissue-says-47-year-old-blob-of-tissue/

Fetus Only a Blob of Tissue – Says 47-year-old Blob of Tissue opublikowano na blogu Eye of The Tiber 5 czerwca 2014 r.

Advertisements

Adrian Fortescue „Opis ceremonii rytu rzymskiego”, Przedmowa autora (1917) [fragmenty]

Przyczyną powstania niniejszej książki była próba przygotowania nowej edycji znanego ceremoniału Baldeschiego w tłumaczeniu Dale’a. […] Wydawcy dali do zrozumienia, że potrzebna jest przejrzana i uwspółcześniona jego wersja, zabrałem się więc do pracy. Gdy już przygotowałem znaczną część książki, zdałem sobie sprawę, że tak wiele należy w niej zmienić, że prościej będzie napisać całkiem nową książkę. […]

[…]

[…] żadne inne ceremonie nie są dla kapłana tak ważne, jak te, które odbywają się podczas Mszy czytanej. Podręcznik ceremonii bez wątpienia powinien zaczynać się od ich dokładnego opisu. […] Na stronie 214 ostatniego wydania [ceremoniału Baldeschiego] Dale każe subdiakonowi niosącemu w Niedzielę Palmową krzyż procesyjny uderzyć w drzwi kościoła „swoją nogą”. Zastanawiało mnie, skąd wziął się u niego tak osobliwy pomysł, aż do chwili, gdy zajrzałem do włoskiego oryginału. Było tam napisane: „cul suo piede”, co oznacza, rzecz jasna: „dolną częścią krzyża”. Ciekawe, ilu angielskich subdiakonów kopało w Niedzielę Palmową kościelne drzwi z powodu tego głupiego błędu. W żadnym z jedenastu wydań ceremoniału Baldeschiego nikt tego nie poprawił. […]

[…]

Gdy ustalono już, że trzeba napisać nową książkę, pojawiło się z kolei pytanie o jej układ, szczególnie zaś o to, jak wiele tematów ma obejmować. Nie da się napisać książki zawierającej wszystko, to znaczy takiej, która przedstawiałaby wszystkie ceremonie rytu rzymskiego. […] Takie kompletne opracowanie nie zmieściłoby się w książce – wymagałoby biblioteki.

Odrzucając zatem jakąkolwiek pokusę opisania wszystkiego, książka niniejsza stawia sobie za cel dostarczenie tych informacji, których może potrzebować kapłan w Anglii. Taki jest jej adresat: angielska parafia, w której posługują księża diecezjalni. […]

Idea dostarczenia wiadomości potrzebnych parafii diecezjalnej nie obejmuje, choć również nie wyklucza, wszystkich ceremonii biskupich. Z jednej strony wiele z nich nigdy nie odbędzie się poza katedrami. Pominąłem zatem na przykład ceremonie biskupie w Wielkim Tygodniu. Niemniej może się zdarzyć, że będą one mieć miejsce w innych kościołach diecezji. Wizyty kanoniczne i bierzmowanie odbywają się regularnie. […]

Z drugiej strony dodaję wiele rzeczy, których Baldeschi nie uwzględnił; niektóre z nich nie doczekały się właściwie omówienia w żadnej książce poświęconej ceremoniom. Podstawę wszystkiego stanowi naturalnie szczegółowy opis sposobu odprawiania Mszy czytanej i służenia do niej. Pamiętając zawsze, że znajdujemy się w Anglii, umieściłem przed Mszą uroczystą aspersję. Istotny element angielskiego podręcznika ceremonii stanowi błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem według angielskiego Ritus servandus. Dokładnie opisano sposób odprawiania nieszporów, ceremonie Wielkiego Tygodnia w kościołach, gdzie brak diakona i subdiakona, oraz Mszę śpiewaną. Nowość stanowią wiadomości o tym, jak udzielać sakramentów i sakramentaliów według angielskiego Ordo Administrandi. To sprawa najwyższej wagi. Błędem jest oceniać wagę rytu w oparciu o to, jak szczegółowego omówienia wymaga. Sposób słuchania spowiedzi jest mniej skomplikowany, ale znacznie bardziej istotny, niż pontyfikalne nieszpory od tronu. […]

[…]

Powiedzmy też coś na temat języka i stylu. To oczywiste, że nikt nie będzie zaglądał do książki o ceremoniach w poszukiwaniu stylu wyrafinowanego. Większość zawartych w tej książce wskazówek, podanych ze skrupulatną dokładnością, uczyni jej lekturę niewiele przyjemniejszą od czytania rozkładu jazdy pociągów. Jednak nawet podręcznik ceremonii powinno się pisać znośnym językiem. I powinien być to, w miarę możliwości, jeden język; w naszym przypadku – angielski. […] Gdy w odniesieniu do czegoś trzeba użyć słowa obcego, należy wybrać łacińskie. […]

Niektóre słowa łacińskie wydają się nieuniknione. […] Nie powinno nas dziwić, że w rycie rzymskim niektóre przedmioty noszą swoje techniczne nazwy w języku Rzymu. W dwóch przypadkach może się zdawać, że książka nie trzyma się zasady stosowania od początku do końca jednego języka. Chodzi o słowa Sanctissimum oraz solita oscula. Co do pierwszego z nich, chciałbym wskazać, że Sanctissimum ma za sobą wielką tradycję jako określenie Najświętszego Sakramentu w wielu europejskich językach. Używałem też, oczywiście, słów „Najświętszy Sakrament”; lecz gdy trzeba stosować je właściwie bez przerwy i powtarzać przy omawianiu najdrobniejszych szczegółów ceremonii, wielką wygodę stanowi możliwość zastosowania jednego słowa w miejsce dwóch. Wyrażenie solita oscula stanowi ten przypadek, który Gibbon nazywa szacowną niejasnością martwego języka. Rzecz nie jest wcale taka znów nieznana, o czym wie każdy diakon; ale ciągłe powtarzanie słów „całowanie” i „całuje” nie wygląda dobrze. […]

[…]

Prawdopodobnie poniższe opisy ceremonii z początku wywołają u laika wrażenie, że to wszystko jest ogromnie skomplikowane. Tak naprawdę jest dużo mniej skomplikowane niż się wydaje. Ogólnie rzecz biorąc, poszczególne czynności znacznie mniej rzucają się w oczy, gdy są wykonywane, niż gdy czyta się ich opis. Większość uczestniczących w obrzędach wiernych w zasadzie ich nie zauważa. Lewici i ministranci, którzy mają z nimi do czynienia nieustannie, tak się do nich przyzwyczajają, że wykonują je niemal bez namysłu. Gdyby postawiono przed kimś zadanie szczegółowego opisania wszystkich obrzędów związanych z porannym wstawaniem albo spożywaniem obiadu, sprawiałyby one wrażenie niezmiernie zawiłych. Co więcej, o ile czynności każdego posługującego w prezbiterium trzeba opisać z osobna, wszyscy wykonują je przecież równocześnie; a więc i z tego względu dużo łatwiej wszystko to zrobić, niż opisać. Warto zauważyć, że im bardziej szczegółowe są wskazówki, tym mniej skomplikowane ich wykonanie. Gdy każdy dokładnie wie, co robić, i wszyscy działają harmonijnie, wykonując swoje czynności pewnie i w milczeniu, owocuje to ceremonią bardziej pełną ładu niż ta, w której pojawia się wątpliwość, zamieszanie albo spór. W wielu przypadkach możemy stwierdzić, że najważniejsze jest nie to, w jaki sposób wykonana zostanie dana czynność, ale to, aby wszyscy jej wykonawcy mieli taki sam pomysł na to, jak należy ją wykonać. Szczegółowy opis pewnego sposobu wykonania określonych czynności staje się potrzebny chociażby ze względu na to, aby taki wspólny pomysł zaistniał. A skoro sprawy tak się przedstawiają, możemy opisać właściwy sposób ich wykonania, zgodny z rubrykami i wskazaniami uznanych autorów.

Stopień skomplikowania naszych ceremonii jest zatem w istocie dużo mniejszy niż mogłoby się nam zdawać, sądząc z ich opisu. Niemniej nie zaszkodzi przyznać, że uproszczenie pewnych rzeczy byłoby pożądane. Obecnie, gdy tyle mówi się o reformie liturgicznej, możemy żywić nadzieję na zmiany idące również w tym kierunku. Ryt rzymski zawsze charakteryzowała przede wszystkim surowa prostota. Wciąż stanowi ona główną jego cechę w porównaniu z kwiecistymi rytami wschodnimi. Z pewnością warto zachować ją również w wymiarze zewnętrznym i poskromić wszelkie tendencje zmierzające ku bizantynizacji naszych ceremonii.

Przychodzą tu na myśl dwie rzeczy, na których uproszczenie można mieć nadzieję. Jedna z nich to ciągłe pocałunki. Bez wątpienia stanowią one bardzo starożytny wyraz czci; w nielicznych sytuacjach, na przykład w przypadku pocałunku składanego na dłoni biskupa, nikt nie chce ich usunięcia. Czyż jednak czynnościom przy ołtarzu nie przydałoby godności, gdyby diakon zaprzestał ciągłego całowania przedmiotów i ręki celebransa? Przy okazji tak często powtarzanej prostej czynności jak okadzenie, diakon wykonuje solita oscula ośmiokrotnie. Musi pocałować kolejno: łyżeczkę, rękę, rękę, łyżeczkę; trybularz, rękę, rękę, trybularz. Choćby ze względu na wrażenia estetyczne, ciągłe skłanianie przez diakona głowy nie przedstawia eleganckiego widoku. Gdyby występowanie pocałunków w liturgii ograniczono do momentów istotniejszych, takich jak przekazanie celebransowi pateny i kielicha, oraz, w określonych ważniejszych sytuacjach, do dłoni biskupa, obrzęd ten stałby się w swoim ogólnym wyrazie pełniejszy ładu, sam pocałunek zaś stanowiłby bardziej realną oznakę szacunku.

Zadajmy w podobnym duchu pytanie: czy nie mamy czasem zbyt dużo przyklękania? To prawda, że przyklęknięcie przez ołtarzem i przed ordynariuszem ma dłuższą tradycję niż przyklękanie przed Najświętszym Sakramentem [1]. Tak brzmi wyjaśnienie zjawiska, które na pierwszy rzut oka musi zdawać się tak osobliwe: człowiekowi lub symbolowi oddajemy cześć w dokładnie ten sam sposób, co Naszemu Panu w Najświętszej Eucharystii. Przyklękanie przed osobami i symbolami to w istocie pozostałość dawnych zwyczajów; ten sposób okazywania im szacunku w niezamierzony sposób zrównano z przyjętym później sposobem oddawania czci Sanctissimum. Jako że przyklęknięcie stanowi dla nas w dzisiejszych czasach uznany gest czci dla Naszego Pana obecnego w postaciach eucharystycznych, wydaje się dziwne, gdy wszyscy, poza celebransem, wykonują dokładnie taki sam gest, gdy Najświętszego Sakramentu na ołtarzu nie ma. Względem zaś biskupa? Czy niski ukłon nie byłby w odczuciu współczesnych ludzi naturalniejszy? Zdajemy sobie doskonale sprawę, że przez długi czas klękanie przed królami i cesarzami było w powszechnym zwyczaju. Z tego też względu twierdzimy, że biskupowi, który sprawuje władzę w imieniu Chrystusa, winniśmy okazywać cześć przynajmniej w taki sam sposób. Obecnie jednak w świecie takie gesty wymierają. Ludziom współczesnym zaczynają się wydawać lekko bizantyjskie.

Ta sama zasada dotyczy, jak się zdaje, lampek przed ołtarzami. Mamy tu również do czynienia z doprawdy starożytnym symbolem, początkowo niebędącym bynajmniej znakiem Eucharystii. We wczesnych wiekach chrześcijaństwa przed ołtarzami ustawiano mnóstwo lampek, a tabernakulum nie było. Niemniej jednak dla nas lampka w prezbiterium stała się głównym znakiem Realnej Obecności. Jeżeli nie znajdziemy innego sposobu na jej zaznaczenie, czy nie powinniśmy ubolewać nad tym, że używamy tego samego symbolu niezależnie od tego, czy na ołtarzu znajduje się Najświętszy Sakrament, czy nie?

Celem tej książki nie jest jednak krytykowanie, ani dyskusja nad zasadnością naszych ceremonii; celem jest objaśnienie, jak powinny się one odbywać według obowiązujących przepisów [2]. […]

Najważniejszymi źródłami, do których odwołujemy się przy pisaniu książki takiej jak ta, są rubryki ksiąg liturgicznych, decyzje Świętej Kongregacji Obrzędów oraz dzieła uznanych autorów […]

Jednak nawet one nie dają odpowiedzi na niektóre pytania. Pytania te nie są ani liczne, ani wielkiej wagi. Żaden ryt chrześcijański nie jest tak jednolity jak rzymski. Jednak mimo podjęcia przez Kongregację olbrzymiej liczby decyzji, wciąż istnieją niewyjaśnione kwestie; uznani autorzy też nie zawsze się ze sobą zgadzają.

W przypadku wątpliwości następne w kolejności kryterium [orzekania o słuszności danego przepisu] stanowi uznany i przyjęty przez biskupa danej diecezji zwyczaj. Dla nas na przykład jest to zwyczaj naszych angielskich diecezji. Z punktu widzenia Prawa Kanonicznego uznawanie za wzorzec zwyczajów miasta Rzym to błąd. Wiążące są dla nas decyzje odpowiednich trybunałów oraz Kongregacji, na które władzę podejmowania decyzji delegował Papież. Możemy bez wątpienia zazdrościć mieszkańcom miasta, którego ordynariuszem jest sam Papież, ale nie uzyskują oni ze względu na ten fakt żadnej szczególnej władzy nad swoimi współwyznawcami w Anglii. Zwyczaj, który w Prawie Kanonicznym odgrywa tak istotną rolę, oznacza zawsze zwyczaj danego miejsca. Bezpośrednim przełożonym angielskiego księdza jest jego własny biskup. Nie powinniśmy obawiać się, że idąc za przykładem naszego własnego biskupa, staniemy kiedykolwiek w sprzeczności z tym, czego życzą sobie władze centralne. Tak więc w wielu drobniejszych kwestiach, szczególnie w sprawach podawanych przez Rytuał zasad postępowania przy obrzędach pozaliturgicznych, naszym wzorcem nie jest zwyczaj rzymski, ale zwyczaj naszych własnych diecezji. Niech Bóg nas broni przed wspieraniem bzdurnej koncepcji istnienia Kościołów narodowych. W ramach katolickiej jedności żadnych Kościołów narodowych nie ma. Nigdy ich zresztą nie było. Ale diecezja, czy też metropolia, stanowi prawdziwą jedność wewnątrz wielkiej jedności Kościoła. Żywimy zatem nadzieję, że niniejsza książka nie zachęci nikogo do przekraczającego zdrowe granice i sprzecznego z duchem liturgii robienia wszystkiego na modłę rzymską; romanizacja ta, zamiast odwoływać się do usankcjonowanych postanowień Prawa Kanonicznego, wybiera łatwiejszą drogę bezmyślnego naśladowania wszystkiego, co praktykuje się w tym mieście. Nierzadko zdarza się, że stosowany w Rzymie zwyczaj stoi w sprzeczności z rubrykami ksiąg liturgicznych albo zasadami określonymi przez uprawnione do tego władze; w takim przypadku, zamiast samemu odrzucać obowiązujące przepisy, powinniśmy raczej ubolewać nad tym, że w Rzymie nie zawsze postępuje się zgodnie z nimi.

[…]

Letchworth, w uroczystość Wszystkich Świętych, 1917

PRZYPISY

[1] Ludzie przez wieki przyklękali przed ołtarzem, zanim na ołtarzu umieszczono tabernakulum.

[2] Nie trzeba dodawać, że przedstawiłem przebieg ceremonii w świetle obecnych norm. Można wyrażać nadzieję na zmiany; jednak dopóki władze kościelne nie uznają za stosowne ich wprowadzić, musimy postępować ściśle według obowiązujących przepisów.

Tłumaczenie na podstawie: Adrian Fortescue, The Ceremonies of the Roman Rite Described, London 1920, Author’s Preface, s. xiii–xxii.

Claire Asper „Marzenia naprawdę się spełniają – ciąg dalszy”

 Image

W opublikowanym niedawno artykule napisałam o oczekiwaniu, które stanowi część wszystkich dróg naszego życia, włączając w to małżeństwo. Jedna z czytelniczek skomentowała artykuł, wyrażając przekonanie, że nie wydaje jej się, aby małżeństwo przynosiło takie rozczarowanie, jak wynikałoby to z mojego tekstu. Wydało mi się, że należy odnieść się do tego komentarza w nowym artykule, bo odpowiedź jest zbyt złożona, aby udzielić jej we właściwy sposób w ramach krótkiego komentarza.

Moją pierwszą reakcją był uśmiech. Małżeństwo nie jest dla mnie bynajmniej rozczarowaniem. Jest wspaniałe. Uwielbiam je. Uwielbiam każdą jego minutę. Jak wspomniałam w poprzednim artykule, mój mąż jest niesamowitym człowiekiem. Każdy spędzony z nim dzień to coś pięknego. To marzenie spełnione naprawdę.

Ale po tej reakcji naszła mnie refleksja, że gdybym wstąpiła w związek małżeński z przekonaniem, że rozwiąże on wszystkie moje problemy i usunie z życia wszystkie cienie, TAK, wtedy spotkałoby mnie naprawdę wielkie rozczarowanie.

Sądzę, że jedną z najważniejszych rzeczy, z jakich zdałam sobie sprawę, gdy się zaręczyłam i przygotowywałam do małżeństwa, była ta, że wstąpienie na tę drogę życia nie oznacza wkroczenia na drogę usłaną różami. Choć wierzyłam wtedy, a teraz wiem na pewno, że małżeństwo ubogaci moje życie i uczyni je szczęśliwszym, rozumiałam jednocześnie, że zawarcie małżeństwa to zaproszenie do cierpienia.

Tak, małżeństwo przynosi cierpienie. Przynosi dojmujące cierpienie.

Małżeństwo sprowadza ból niepłodności. Małżeństwo sprowadza ból poronienia. Małżeństwo sprowadza ból kłopotów finansowych, gdy masz zależne od siebie dzieci. Małżeństwo sprowadza ból pochopnych słów, które sprawiają niepomiernie większe cierpienie, bo wypowiada je człowiek, którego kochasz najbardziej. Małżeństwo sprowadza ból patrzenia, jak twoje dziecko odpada od Boga. Małżeństwo sprowadza ból straszliwej samotności, gdy ukochana osoba, z którą spędziłeś życie, zostaje tobie zabrana.

Czy brzmi to rozczarowująco?

To zależy od ciebie i twojego punktu widzenia. To, czy będziesz rozczarowany, czy nie, zależy od tego, jaka jest twoja postawa w stosunku do małżeństwa.

Czy sądzisz, że małżeństwo to stan życia zamyślany po to, aby zaspokoić twoje oczekiwania? Po to, abyś odczuwał ciepło i to, że ktoś cię kocha? Aby spełnić twoje marzenia i dać ci szczęście?

Spotka cię prawdopodobnie rozczarowanie.

Czy sądzisz, że małżeństwo to droga, na którą mąż i żona wkraczają po to, aby się wzajemnie uświęcać? Czy sądzisz, że zamyślano je po to, aby pomagać wam wzrastać w świętości? Czy sądzisz, że twoje najważniejsze zadanie w małżeństwie nie polega na tym, żeby walczyć rozpaczliwie o samorealizację, ale na tym, by poświęcać siebie co dnia na niezliczone sposoby dla miłości i zbawienia twojego współmałżonka?

Nie spotka cię rozczarowanie.

Cierpienie i odpowiedzialność, które przychodzą wraz z zawarciem małżeństwa, to sprawy, o których trzeba myśleć, jeśli poważnie traktujesz wejście na drogę powołania małżeńskiego. Cierpienie i odpowiedzialność pojawią się, czy tego chcesz, czy nie. A im więcej o nich myślisz i im więcej się w tych sprawach modlisz, tym lepiej poradzisz sobie z nimi, gdy się pojawią.

Znam tak wiele niezamężnych dziewcząt, których postawa w stosunku do małżeństwa charakteryzuje się natężonym oczekiwaniem. Naprawdę dojmujący ból wynikający z tego, że nie mają męża, doprowadził je do przekonania, że małżeństwo będzie stanowić rozwiązanie wszystkich ich problemów. Szczerze wierzą w to, że całe ich niezadowolenie z życia można przypisać temu, że brak im męża, a gdy tylko będą go miały, życie zmieni się w sielankę.

Sielanka też będzie. Wiem to z własnego doświadczenia.

Ale wiem również, że będzie szalone cierpienie.

Co więcej, wiem, że to cierpienie czyni moje małżeństwo wspaniałym. Gdy wszystko idzie dobrze i panuje radość i w słoneczne popołudnie jemy razem z mężem lody na randce, to miłe.

Lecz gdy zbierają się nad nami ciemne chmury i oboje cierpimy i pogarszam sprawę bijąc w niego na oślep w moim bólu… i gdy bierze mnie w ramiona i mówi, że mnie kocha, i gdy trzyma mnie w ramionach, gdy płaczę, aż zasnę… i gdy budzę się i okazuje się, że cały dom jest sprzątnięty, a na stole czeka wspaniały obiad, i widzę jego uśmiech pełen czułości dla mnie…

To nie jest miłe. To jest niesamowite. Ogarnia cię takie uczucie jak wtedy, gdy widzisz pokrwawionego Chrystusa na krzyżu. Cóż to za cudowna miłość?

Mam nadzieję, że nie brzmi to dla was, niezamężne dziewczęta, rozczarowująco. Nie czujcie jak Żydzi, którzy chcieli Zbawiciela przybywającego w chwale ze sztandarami i armiami, nie zaś urodzonego w stajni i wjeżdżającego do miasta na oślęciu.

Mam nadzieję, że brzmi to pięknie. I takie jest. Żywię nadzieję, że doświadczycie tego w waszym życiu. Tak, żywię nadzieję, że będziecie cierpieć. Żywię nadzieję, że spotkają was małżeńskie trudności. Dlaczego?

Bo małżeństwo nie zmienia życia w idyllę. Czyni to Miłość Boża, i czyni to niezależnie od tego, czy jesteś zamężna, czy nie, albo czy poświęciłaś się życiu zakonnemu. Małżeństwo to prawdziwie niesamowity sposób na doświadczenie tego. Tak więc mam nadzieję, że twoje marzenia się spełnią i będziesz mogła zawrzeć małżeństwo i mieć serce otwarte na cierpienie, jakie ono ze sobą niesie. Randki z jedzeniem lodów są miłe, ale chcę, abyś doświadczyła głębokiej i żywej miłości, która wzrasta, gdy twój mąż cierpi, lecz mimo to oddaje za ciebie swoje życie po raz kolejny, i kolejny, i kolejny, i kolejny.

I prawdziwie ufam, że gdy to ty będziesz cierpieć, będziesz oddawać życie za swojego męża po raz kolejny, i kolejny, i kolejny.

Jeśli tak zrobisz, zapomnij o sielance. Sielanka to nic w porównaniu z tą radością, jaka napełni wasze serca i wasze życie.

Przyjrzyjcie się dobrze obrazowi świętego małżeństwa. Nie mówcie mi, że to jest rozczarowujące. To jest niesamowite.

Image

_______

Tłumaczenie na podstawie: Claire Asper, Dreams Do Come True – Following Up, http://catholicyoungwoman.blogspot.com/2013/11/dreams-do-come-true-following-up.html

Dreams Do Come True – Following Up opublikowano na blogu The Catholic Young Woman 25 listopada 2013 r.

Claire Asper „Marzenia naprawdę się spełniają”

Są takie dni, gdy życie wydaje się jednym wielkim oczekiwaniem.

Wszystko się poprawi, gdy znajdę mężczyznę. Wszystko się poprawi, gdy się zaręczymy. Wszystko się poprawi, gdy się pobierzemy.

Jest tyle powodów, dla których jesteśmy teraz niezadowoleni z samych siebie. A wyjście z tej sytuacji zawsze czai się w przyszłości tuż za rogiem. Nie mamy nad tym kontroli, ale wiemy: sytuacja polepszy się, gdy to się wydarzy.

Po latach oczekiwania i dzielenia się marzeniami mojego serca z innymi dziewczętami w moim wieku, niewiarygodnie surrealistyczne jest uświadomienie sobie, że znajduję się w sytuacji, której pragnęłam. Wciąż zadziwia mnie i budzi lekki przestrach, gdy w trakcie szczerej rozmowy od serca zdam sobie sprawę, że te marzenia się spełniły. I z punktu widzenia tych niezamężnych dziewcząt, powiodło mi się.

I czyż nie jest to prawda? Mam najbardziej niesamowitego męża na świecie – przystojnego, uprzejmego, inteligentnego, uroczego, pobożnego – i mały domek, w którym powoli urządzamy nasze wspólne życie.

Tak, wygląda na to, że mi się powiodło. Ale czy faktycznie tak jest, zależy w znacznej mierze ode mnie.

Image

Bo są takie dni, gdy mi się nie wiedzie. Bo są takie dni, gdy jestem cyniczna i pełna niepokoju.

Wbrew powszechnemu mniemaniu małżeństwo to nie koniec oczekiwania. Wciąż jest tyle niespełnionych marzeń.

Czekacie na dziecko, bo małżeństwo to nie gwarancja, że będziecie je mieli. Czekacie na dom, bo jakkolwiek wasze mieszkanko jest miłe, to nie wasz własny dom. Czekacie na coś tak małego jak stolik do kawy.

Oczekiwanie nigdy się nie kończy. Nigdy nie będziemy w pełni usatysfakcjonowani, bo zostaliśmy stworzeni tacy, że zaspokoi nas tylko jedno: wieczne przebywanie z Bogiem. Tak długo jak podróżujemy przez życie, będziemy jak wszyscy podróżnicy… niecierpliwie pragnący dotrzeć do miejsca spoczynku.

Ale nie oznacza to, że będziemy nieszczęśliwi tak długo, jak żyjemy na ziemi. Wiedzie nam się, dokładnie w tej chwili, niezależnie od tego, na co czekamy. Choć – w porównaniu z tym, co nas czeka – widzimy Go jakby przez zasłonę – rzeczywiście widzimy Boga.

Ta perspektywa niekończącego się oczekiwania wydawała mi się z początku onieśmielająca. Ale teraz jestem świadoma, że daje mi ona przede wszystkim NADZIEJĘ. Niezależnie od tego, na jakim etapie życia się znajdujemy, wszyscy czekamy. Niezależnie od tego, na co czekamy, nie zaznamy spoczynku, aż nie spoczniemy w Bogu. Zmagania naszego osobistego życia jedynie przypominają nam o tym, o czym marzymy w wieczności i dodają nam odwagi, abyśmy wychodzili innym ludziom naprzeciw.

Bo nawet ci, którym w opinii innych się powiodło, nadal rozumieją ból oczekiwania.

Więc gdziekolwiek jesteś i na cokolwiek czekasz, wiedz, że towarzyszy ci moja modlitwa. Też się za mnie módl. Są rzeczy, których moje serce pragnie tak głęboko.

_______

Tłumaczenie na podstawie: Claire Asper, Dreams Do Come True, http://catholicyoungwoman.blogspot.com/2013/11/dreams-do-come-true.html

Dreams Do Come True opublikowano na blogu The Catholic Young Woman 23 listopada 2013 r.